Borucenie
Żeby nie gnuśnieć i rozgrzać się po mroźnej nocy, poszedłem w niedzielę sfotografować do map szczyt Kiczory 988. Byłem na nim już kilka razy wdrapując się tam z polany Kicora przy okazji odwiedzin dziadka Buczka, do którego zachodziłem w niedziele z konserwą i chlebkiem. Ponieważ dziadek zamieszkał na stałe znacznie wyżej i już na Kicorę ścieżką przez Mnicha nie chodzę, wlazłem na szczyt od strony Niemcowej. Sfotografowałem kupę kamieni, żółtą tabliczkę przypraną do buka papiokami i zasiadłem poniżej, na skraju młodnika, gdzie nie wiało. Kiedym żuł kanapkę, usłyszałem w gęstwinie basowe borucenie. Choć było krótkie, pocieszyłem się, że pewnie to odgłos motoru, ale zacząłem uważniej nasłuchiwać. Kiedy borucenie powtórzyło się znacznie bliżej, wrzuciłem błyskawicznie grotki do plecaka i przerażony pomknąłem na łeb, na szyję na drugą stronę grzbietu. Zgodnie z zaleceniami poradników, żeby nie sprowokować ataku niedźwiedzia, nie uciekałem, ale tylko dlatego, że po stromiźnie najeżonej gałęziami, karczami i skalnym rumoszem, biec się nie dało.
Kiedy opowiedziałem o tej przygodzie panu Władkowi na Niemcowej, ten doświadczony gazda, który las zna lepiej niż cały Wydział Leśny Uniwersytetu Rolniczego, zalecił, żeby w razie takiego spotkania wejść na drzewo, ale cienkie, bo na cienkie drzewa misie nie wchodzą.
Napis na buku, który zauważyłem u kresu mojej udanej ucieczki bardzo mnie ucieszył i uspokoił.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz